Sport, turystyka » Aktywny wypoczynek
|
|
- Paintball
Madsheep Paintball - organizacja gier paintballowych, sprzedaż kulek paintballowych, markerów oraz innych akcesoriów. Marker paintballowy, kulki paintballowe - Wszystko to znajdziecie w naszej ofercie...
http://www.madsheep.pl/
![]() data: 01-05-2009
| szczegóły
|
|
|
Aerobik w wodzie
Aby przebywać w wodzie wcale nie trzeba umieć pływać. Jest kilka form aktywności fizycznej w wodzie - na przykład aerobik wodny. Ćwiczący wchodzą na odpowiednią głębokość do wody i powtarzają za instruktorem odpowiednie ruchy, ćwiczenia. Taki relaks jest bardzo wymagany. Pracują wszystkie mięśnie. Aerobik taki kształtuje naszą sylwetkę. Zalecany jest priorytetowo osobom chorym na kręgosłup. Takie ćwiczenia nie obciążają naszego ciała. Dokładne porady dla osób, które chciałyby ćwiczyć w taki właśnie sposób, które chciałyby schudnąć lub po prostu dbać o sylwetkę zawarte są w tym momencie na tej stronie www. Czytając dane umieszczone tutaj możemy zachęcić się do uprawiania sportu - chociażby właśnie takiego aerobiku. Nie jest to niełatwy ani drogi sport. Stać na niego jest wszystkich. Wystarczy jedynie zakupić kąpielówki lub kostium kąpielowy i można wskakiwać do basenu i ćwiczyć wraz z innymi. Aerobik w wodzie jest bardzo popularny i bardzo polecany - wszystkim i kobietom, i mężczyznom.
http://www.ctw.rzeszow.pl/info-42506.html
![]() data: 18-06-2010
| szczegóły
|
|
|
Agroturystyka
Gdzie by tu pojechać? Majorka? Dominikana? Może Egipt albo Turcja? A czemu by nie poszukać czegoś bliżej? Być może Włochy? Być może Francja? A może by tak skoczyć do... Skoczowa? Cudze chwalicie - swego nie znacie. Tak brzmi stare powiedzenie. I jest w nim wiele prawdy. W Polsce mamy kilka rasowych, w większości mało odwiedzanych, urokliwych miejsc. Cała europa zachwyca się naszą cudowną przyrodą. A my? Czy potrafimy docenić jej piękno? Agroturystyka ma wiele plusów. Pierwszym z nich bywa cena. Ceny agrowczasów są dużo niższe niż w atrakcyjnych kurortach. Jednym z atutów agroturystyki jest sposobność rozmawiania w tym samym języku. Nie ma niedomówień a także braku zrozumienia. Wszystko jest jasne. Niewątpliwym wyróżnikiem agroturystyki bywa również przyjazna atmosfera. Mężczyźni i kobiety organizujące agrowczasy są to z zasady ludzie prości i uczynni. W osobistej praktyce na agrowczasach nie spotkałem przenigdy się z brakiem sympatii czy wrogością. Koszty podróży. Relatywnie krótka, tania eskapada to jeden z atutów agroturystyki. Gdy lecisz na przykład na Dominikanę czekają Cię przesiadki, wyczekiwanie na lotniskach, tłok, gwar a także zmęczęnie. Warto poznać całkiem dobrze swój kraj. Dzięki agroturystyce odwiedzisz miejsca, o których uprzednio nie miałeś pojęcia. Docenisz piękno ojczystego kraju - jego przyrody, uroków oraz poznasz wyśmienitych ludzi.
http://www.gryzzli.kartuzy.pl/info-14089.html
![]() data: 19-10-2009
| szczegóły
|
|
|
Agroturystyka
Zapraszamy do gospodarstwa Stajnia Czempisz. W ofercie pokoje gościnne o wysokim standardzie. Dla wielbicieli koni oferujemy jazdę konną, naukę powożenia. Pensjonat dla koni z całodobową opieką weterynaryjną i kowalską.
http://www.stajniaczempisz.pl/gospodarstwo_agroturystyczne.html
![]() data: 16-06-2010
| szczegóły
|
|
|
Aktywny wypoczynek
Organizowane przez firmę Tenis Travel obozy to aktywny wypoczynek oraz niezapomniane przeżycia w trakcie wszelkiego rodzaju zajęć angażujących całe grupy razem jak i pojedynczych uczestników wyjazdu. Serwis zawiera wiele informacji odnośnie warunków imprez.
http://www.obozytenisowe.com/
![]() data: 23-06-2009
| szczegóły
|
|
|
Apartamenty Kościelisko - Luksusowe Apartamenty w Kościelisku
Apartamenty Kościelisko, noclegi w Kościelisku, zapraszamy do naszego kompleksu z którego widac całą panorame Tatr.Apartamenty Wakacyjne na czas pobytu w górach sprawią, że poczujesz się jak we własnym Domu - miejscu, w którym niczego Ci nie zabraknie, bo przecież DOM kojarzony jest jako ostoja polskości, azyl bezpieczeństwa, miejsce do którego chętnie się powraca.Jeśli zapragniesz poczuć klimat Zakopanego , wystarczy że przemieścisz się 7km od naszego Kompleksu. Jednak zapamietaj - Ty możesz pojechać do miasta - miasto do Ciebie nie przyjedzie , u nas nie grozi Ci zgiełk miejski.
http://www.panoramakoscielisko.pl/
![]() data: 29-10-2009
| szczegóły
|
|
|
Atrakcje turystyczne - tanie wakacje
Atrakcje turystyczne - 150 najpiękniejszych miast świata. Tanie wakacje - przewodniki turystyczne do najpiękniejszych miast, wartych zwiedzenia.
http://www.portal-turysty.pl/
![]() data: 22-04-2009
| szczegóły
|
|
|
bali
Bali: wyspa bóstw, demonów i małp Ciepłe morze, rafy koralowe, wulkany i tarasy ryżowe, do tego fascynujące obyczaje i ceremonie religijne. Zielona wyspa jest synonimem tropikalnego raju. Nocną ciszę przerywa dobiegający z oddali dostojny i monotonny dźwięk gamelanu. Pod podłogą pokoju hotelowego coś piszczy - pewnie mysz, a może szczur? Na zewnątrz szczekają gekony. Za drzwiami słyszę delikatny szelest. Wyglądam poprzez okno i widzę cień odchodzącej gospodyni, która pod drzwiami mojego pokoju zostawiła ofiarę dla duchów: wiele ziarenek ryżu i kwiatki położone na liściu bananowca. Przed zaśnięciem zdążę jeszcze pomyśleć, że myszy spod podłogi będą miały kolację... Jestem w Ubud, kulturalnej stolicy Bali. Ubud to miasto galerii, tysięcy sklepów, tańca, muzyki, religii, pięknego rękodzieła i wielkiego kiczu. Położone pomiędzy tarasów ryżowych, otoczone brudnymi przedmieściami z setkami sklepów i hurtowni z wyrobami drewnianymi, garncarskimi i tkaninami, położone na skrzyżowaniu ruchliwych, zatłoczonych i głośnych dróg, pozwala odkryć swój urok dopiero po bliższym Gdańsku. Do Ubud docieram późnym wieczorem po dziesięciogodzinnej podróży i po pokonaniu 120 km. Opuszczam zdezelowanego busika i skręcam w pierwszą nastrojową uliczkę z nadzieją znalezienia noclegu. Intuicja mnie nie myli. Chwilę w późniejszym czasie zaczepia mnie długowłosy chłopak, za którym wchodzę po schodkach do ozdobnej bramy, za którą przez nieoświetlone podwórko całe rzeźb, murków zagradzających drogę i koszyczków z ofiarami dla bogów dochodzę do wyplatanego bungalowu z tarasem. To jest mój pokój poprzez najbliższe dni - dokładnie taki sam do wszystkich hotelowych pokoi na Bali. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i domagają się bananów Obudzona bladym świtem przez koguty - drób często hodowany jest tutaj na miejskich podwórkach - wychodzę na ulicę i dostaję się od razu w centrum handlowego życia. - Wejdź chociaż na chwilę, jedynie obejrzyj - zachęcają sprzedawcy. - Masaż, tanio - kuszą salony odnowy biologicznej. - Taxi, transport, motor? - zagadują panowie siedzący przy samochodach. Zakupy i masaż zostawiam na w późniejszym czasie. Używając przyjemnego chłodu poranka zwiedzam miasto. Małpi gaj (Monkey Forest) to najpopularniejszy cel turystów, zwłaszcza tych z małymi dziećmi. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i efektywnie domagają się bananów. Niektóre osobniki są tak bezczelne, że wyrywają jedzenie z rąk spacerowiczów i tak cwane, że trzymając w lewej ręce jednego banana, prawą wyciągają po następnego. Tablice zalecające ostrożność w kontaktach z małpami nie są ulubioną lekturą osób odwiedzających gaj. Widzę, jak rozbestwiony makak zrywa spinkę z włosów dziewczyny, która dopuściła do zbytniej komitywy... Ubud to jednak przede wszystkim sztuka. W Muzeum Puri Lukisan zgromadzono dzieła sztuki balijskiej z ostatnich dwóch wieków. O ile forma słowa artystów jest zróżnicowana, to nie można powiedzieć tego o priorytetowych motywach dzieł: znakomita większość przedstawia powykrzywiane twarze demonów. W Muzeum Renesansu Blanco tematyka dzieł artysty jest inna - tu dominuje erotyzm. Warto też odwiedzić Muzeum Sztuki Neka, gdzie można przemyśleć postęp malarstwa balijskiego. Ubud zostawiłam sobie na deser. To podsumowanie podróży po rajskiej wyspie. Żółw-pieszczoch i lasy namorzynowe A początek? Opuszczamy prom z Jawy na Bali i szukamy transportu wzdłuż północnego wyspy. Jest nas kilkanaście osób - sami Europejczycy. Ci poza mnie jadą do Loviny - popularnego kurortu. Ja chcę wysiąść z bemo (tak nazywają się tutaj mikrobusy służące za publiczny transport) w połowie drogi, w miejscowości Pemuteran. 1-szy zgrzyt: negocjacje cenowe. Dla miejscowych cena do Loviny to 20 tys. rupii, od nas pragną po 30 tys. Nie posiada też znaczenia, że wysiadam dużo poprzednio. - I tak zajmujesz miejsce w bemo - tłumaczy kierowca łamaną angielszczyzną. W końcu staje na 25 tys., a pokrętne wyjaśnienie kierowcy okazuje się niezgodne ze stanem rzeczywistym. Do bemo wschodzi tyle ludzi, jak dużo preferuje wejść. Kto powiedział, że pasażerowie nie mogą wisieć w drzwiach? Do bemo wschodzi tyle ludzi, jak dużo chce wejść Pemuteran to przyjemny, położony na uboczu, luksusowy kurort zdominowany przez turystów niemieckich. Morze jest tak ciepłe, ze wchodzi się do wody bez otrząsania i rozgrzewania, a zarazem jest wystarczająco chłodne, że można w nim pływać z przyjemnością. Nie jest jednakże szmaragdowe, jak przekazują katalogi reklamowe biur turystycznych. Rano posiada konsystencję i kolor krupniku, w południe przypomina rozcieńczoną zupę szczawiową, dopiero po południu robi się błękitne, za to wieczorem staje się czarne. Wybrzeże usiane jest drogimi hotelami i eleganckimi knajpkami, w żaden sposób nie przypomina jednak turystycznego molochu. Nieogrodzone hotele są niewysokie, drewniane i wyplatane, turystów jest niewielu, a leżaki dostępne są nie tylko dla gości hotelowych. Na każdym kroku są centra nurkowe, organizujące wycieczki na oddalone rafy koralowe. Rafa jest też niedaleko brzegu. Jest ona jednakże mocno zniszczona. Wprawdzie australijska organizacja ekologiczna Reef Seen Aquatics usiłuje odbudować rafę, niemniej jednak z mizernym efektem. Bardzo trudno się zresztą temu dziwić - przewodnik, z którego usług korzystam za pośrednictwem tej organizacji, depcze po rafie. Gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem Reef Seen Aquatics zajmuje się nie tylko ochroną rafy, ale też żółwi morskich. Gatunek ten jest zagrożony nie tylko działaniami człowieka, niemniej jednak i zwierząt. Żółwie żyją na głębokości kilkunastu metrów i wychodzą na brzeg wyłącznie po to, aby złożyć jaja. Mięso żółwie uchodzi pomiędzy Balijczyków za przysmak, a amatorami jaj są nie tylko inni ludzie, niemniej jednak też ptaki i wałęsające się po Bali hordami psy. Skutek jest taki, że wyłącznie z 1 jaja na 100 wykluwa się nieznaczny żółw. Ekologowie wykupują jaja od miejscowych (co zapewne zachęca tych ostatnich do wybierania jaj), a gdy żółwiki się wylegną i podrosną, są wypuszczane do morza. Podczas mojej wizyty w basenie pływa stadko malutkich żółwi i jeden dorodny osobnik, który po wypuszczeniu do wody każdorazowo wraca do niewoli. Ten dorodny gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem. Pemuteran leży na skraju słynące z bogatej fauny parku narodowego „Bali Barat”. Do parku można wchodzić tylko pod opieką licencjonowanego przewodnika, ponoć ze względu na obecność dzikich i groźnych zwierząt. Po długich negocjacjach z Yuyu - przewodnikiem udaje mi się ustalić sumę 50$ za trzygodzinną wycieczkę po lesie. Wyruszamy o świcie. Las namorzynowy tonie w śmieciach, które pozostały po ceremonii religijnej z poprzedniego dnia, w lesie monsunowym zaś najciekawszymi okazami fauny okazują się makaki. Tyle, że ażeby na Bali obejrzeć te złośliwe małpki, nie trzeba płacić 50$ - są one wszędzie, gdzie wyłącznie można uzyskać cokolwiek do jedzenia. Największą atrakcją jest sam las: ciemnozielony, gęsty, z lianami, chaszczami, jarami i przejściami nad rzekami po przewróconych drzewach. Pytam o niebezpieczne zwierzęta. - Dziesięć lat temu widziałem pytona - śmieje się Yuyu. Kraina tysiąca świątyń Na wschodnie wybrzeże jadę poprzez środek wyspy. Mijam najwyższą górę Bali - wulkan Gunung Agung (3142 m. n.p.m.), natomiast nie jest mi dane podziwiać widoki, bo z nieba leją się strugi wody. Dosłownie pora sucha nie gwarantuje słonecznej pogody. Nieciekawa aura nie stoi na przeszkodzie podziwianiu świątyń. A jest tu co podziwiać. Balijczycy są ludźmi szalenie religijnymi. Wyznają hinduizm, a właściwie jego lokalną odmianę, z domieszką animizmu i wiary w demony. W każdej wsi są trzy świątynie: jedna poświęcona Brahmie - stwórcy, druga Wisznu - bogu podtrzymującemu życie i trzecia Sziwie - bogu zniszczenia i śmierci. Jest także pełno świątyń rodzinnych i niedużych kapliczek. Życie religijne Balijczyków nie jest ograniczone do modlitw w świątyniach. Dzień zaczyna się od złożenia ofiary, ryż, owoce i kwiaty w koszyczkach z bananowych liści znajdują się pod każdymi drzwiami, na ulicach, przed sklepami, w taksówkach. W ten metodę uspokaja się złe duchy, a dobrym zatrzymuje przy sobie. Święta są w większości niż co drugi dzień - jest ich rocznie około 200. Świątynie mają różną rangę. Odwiedzam kilka „bardziej istotnych”. Pura Pulaki wznosi się nad samym morzem, w stronę którego wychylają się rzeźbione smoki. Na dziedzińcu świątyni grasują makaki, najwyraźniej przyzwyczajone do tego, że posiadają tu stołówkę. W Pura Beji i Pura Maduwe Karang uwagę przyciągają bogato zdobione, pełne szczegółów rzeźby przedstawiające sceny z życia bogów. Do położonej na wzgórzu świątyni Pura Kehen wchodzi się po schodach, a następnie przez rzeźbioną bramę. Na pierwszym dziedzińcu wpleciony w splątane gałęzie gigantycznego drzewa banyan jest bęben alarmowy. Na wewnętrznym dziedzińcu znajduje się kaplica poświęcona trzem bogom: Brahmie, Wisznu i Sziwie. Balijczycy do perfekcji opanowali zarabianie na turystach i i do świątyń wpuszczaja dopiero po uiszczeniu „dobrowolnej” ofiary. Jedynym wyjątkiem jest świątynia buddyjska - tu ofiara jest dobrowolna. Oprócz zapłacenia ofiary należy wypożyczyć bądź nabyć sarong - bez niego wejść na teren świątyni nie można. Mam swój sarong, więc muszę płacić za sasz - pas podtrzymujący sarong. Jeżeli już nie za sasz, to za oprowadzenie po świątyni, ograniczające się w zasadzie do towarzystwa. „Prawdziwe” Bali - O ile chcesz poznać prawdziwe Bali, jedź na wschodnie wybrzeże wyspy - poradził mi kilka dni wcześniej sympatyczny Jawajczyk. Posłuchałam jego rady i tak trafiam do Padangdbai - niedużego portowego miasteczka z dwiema uroczymi plażami. Jedna z nich - Blue Lagoon Beach uchodzi za jedną z najpiękniejszych na Bali. Genialna reputacja jest zasłużona: plaża jest piaszczysta, cicha, otoczona lasem. Kilkadziesiąt metrów od brzegu jest dobrze zachowana rafa koralowa. Jedynym minusem są silne prądy, które potrafią zepchnąć na skały nieostrożnych amatorów życia podwodnego. Gdy siedzę w knajpie i popijając świeży sok z mango czytam wydruki porad z internetowego forum, gdzie ktoś radzi spostrzec pogrzeb na Bali, dostrzegam za oknem przemykającą w pośpiechu grupę kilkudziesięciu osób, podążającą za drewnianymi noszami, na których ani chybi leży nieboszczyk. Co za zbieg warunki! Prędko płacę i ruszam za konduktem. Kondukt dobiegł - bo tak można nazwać jego tempo - do trawnika w centrum (jak się okazuje, jest to cmentarz). Kiedy tam docieram, nieboszczyka kładą właśnie na drewnianym rusztowaniu, które następnie zostaje podpalone, tożsamo jak położone obok rzeczy spersonalizowane zmarłego. Zwłoki płoną dwie godziny, a w tym okresie trwają przygotowania do kolejnej ceremonii. Na cmentarz trafiają kolejne kosze z ofiarami dla bogów i duchów, misternie ułożone kwiaty i pokarm. Posiłek jest również dla osób - którzy tradycyjnie ubrani w sarongi - siedzą wokół ognia i rozmawiają, podczas gdy pracownicy firmy pogrzebowej czy tez inni organizatorzy ceremonii długimi pogrzebaczami mieszają w krematorium. Po Ci polewają wodą popiół i przekładają go do naczynia, które w sąsiedztwie świeżych pędów roślin, białych płócien i darów ofiarnych kładzione jest w miejscu spalenia, po czym zaczynają się modły. Prochy trafią później do morza. W gronie ryżowych tarasów Tirta Gangga to malownicza wieś położona w gronie niewysokich wzgórz. Na miejscu kupuję mapkę - narysowaną odręcznie i skopiowaną, niemniej jednak bez zaznaczonej skali. I ruszam. Najpierw do pałacu na wodzie, tonącego w morzu barw: różnorakich odcieni żółci, pomarańczy, czerwieni, amarantu. Orchidee, magnolie, hibiskusy - tysiące kwiatów otacza stawy, mostki i pawilony. Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy Następnie wędruję po wsiach. Wieś ciągnie się za wsią, w w gronie wsiami są tarasy ryżowe. Wegetacja trwa tu całe 356 dni w roku, ryż jest więc w różnorakich stadiach uprawy: na jednych polach dopiero wychodzi z ziemi, inne pokrywa soczystą zielenią, na kolejnych jest suchy i żółty i przypomina ciut nasze proso. W każdej wsi każdy człowiek poczuwa się do obowiązku zagadania do „Hallo! Where are you going”, a każdy pies do obszczekania mnie. Do tego dochodzą hordy dzieci, które przekazują mnie palcami i próbują dotknąć. Czuję się nie jak turystka, niemniej jednak jak obiekt turystyczny. We wsi Budakeling słyszę dobiegające z dwóch stron dziwne zawodzenie przez mikrofon. Idę tam, skąd dochodzi głos i trafiam do świątyni, na dziedzińcu której kręci się tłum osób. Proszą mnie do środka i wyjaśniają, co się dzieje. Trwają przygotowania do Galugun - święta, gdy bogowie mają zstępować do świątyń, a które będzie jutro obchodzone. Na dziedzińcu świątyni posiada miejsce nie tylko próba mikrofonu, ale też przygotowanie jedzenia na ceremonię - na dziedzińcu świątyni znajduje się mięso na różnych etapach przetwórstwa - skończywszy na krojonych kawałkach, a poczynając na żywej, związanej, leżącej smętnie z wyrazem zrezygnowania na ryjku świni. Przygotowania do Galugun trwają też w dwóch w pozostałych świątyniach. Mieszkańcy znoszą pożywienie i ustawiają bambusowe tyczki przystrojone liśćmi i owocami, trwa próba gamelanu. Mężczyzna odpowiedzialny za organizację uroczystości zaprasza mnie do uczestnictwa. Żałuję, że nie mogę zostać tu dzień dłużej... Informacje praktyczne Lata turystycznej świetności Bali podobno ma już za sobą. Po zamachu terrorystycznym w 2002 r. turyści zniechęcili się do wyspy. Po kilku latach ruch turystyczny zaczyna się ożywiać, niemniej jednak podaż ofert turystycznych bez przerwy przekracza popyt. Do wjazdu do Indonezji niezbędna jest wiza. Można ją uzyskać z ambasadzie w Poznaniu, 30-dniową wizę upon arrival można otrzymać na lotnisku. Do Indonezji doleciałam liniami KLM. Bilet do Dżakarty kosztował 2500 PLN. Noclegi na Bali są niedrogie. Pokój ze śniadaniem, ale bez ciepłej wody, można zdobyć już za 7$, pokój z ciepłą wodą za 12$. Ceny jedzenia zależą od miejscowości, obiad można zjeść za 2-10$. Niskie ceny noclegów i wyżywienia miejscowi rekompensują sobie wysokimi opłatami za dodatkowe atrakcje, na przykład: za 3-godzinną wycieczkę snorklingową w morze trzeba zapłacić od 20 do 50$, godzina z przewodnikiem na rafie koralowej to koszt 5$, wypożyczenie maski, fajki i płetw 6$, 8-godzinna wycieczka do parku narodowego - 80$. Ceny w dużej mierze zależą od zdolności negocjacyjnych. Jeśli chodzi o transport, to do wyboru posiadamy autobusy (na długich trasach), bemo - mikrobusy pokonujące krótkie odcinki (ok. 20 km), odjeżdżające wtedy, gdy są całe, shuttle busy - zorganizowany, nietani i niekoniecznie ekspresowy, niemniej jednak i tak najszybszy sposób przemieszczania się, polegający na tym, że turyści z różnorakich miejscowości kupują bilety do miejsca docelowego i są tam przewożeni. Ponieważ turystów jest stosunkowo niewielu, nie opłaca się organizować busa z miejscowości A do miejscowości B. W związku z tym każdą w miarę turystyczną miejscowość opuszcza gruchot wypchany pasażerami jadącymi dokądkolwiek, a następnie w punktach przeładunkowych turyści są upychali w kolejnych mikrobusach. Takich punktów przeładunkowych zdarza się, że jest w ciągu dnia parę. Wieczorem dojeżdża się do celu. Można także wynająć samochód - najlepiej z kierowcą -za ok. 50$ dziennie. Samodzielni turyści mogą wypożyczyć motor lub skuter, ale powinno się mieć na uwadze ruch lewostronny i dość intensywny w porównaniu z Europą. W Indonezji funkcjonuje również coś pomiędzy motorowym autostopem a taksówką, co nazywa się ojok - jest to zwerbowany na poczekaniu kierowca motoru, który za niewysoką opłatą podwozi w pożądane miejsce. Na Bali warto korzystać z masaży, które dostępne są na każdym kroku. Oferują je hotele, ośrodki spa, salony i saloniki na ulicach, masażyści oferują usługi na plażach. Nie ludzie masażyści są wykwalifikowani, warto popytać się miejscowych przed skorzystaniem z masażu. Ceny fachowych masaży zaczynają się od 8$.
http://www.kopd.szczecin.pl/wczasy-na-bali/
![]() data: 04-06-2010
| szczegóły
|
|
|
bali
Bali: wyspa bóstw, demonów i małp Ciepłe morze, rafy koralowe, wulkany i tarasy ryżowe, do tego fascynujące obyczaje i ceremonie religijne. Zielona wyspa jest synonimem tropikalnego raju. Nocną ciszę przerywa dobiegający z oddali dostojny i monotonny dźwięk gamelanu. Pod podłogą pokoju hotelowego coś piszczy - pewnie mysz, a może szczur? Na zewnątrz szczekają gekony. Za drzwiami słyszę delikatny szelest. Wyglądam przez okno i widzę cień odchodzącej gospodyni, która pod drzwiami mojego pokoju zostawiła ofiarę dla duchów: kilka ziarenek ryżu i kwiatki położone na liściu bananowca. Przed zaśnięciem zdążę jeszcze pomyśleć, że myszy spod podłogi będą miały kolację... Jestem w Ubud, kulturalnej stolicy Bali. Ubud to miasto galerii, tysięcy sklepów, tańca, muzyki, religii, pięknego rękodzieła i wielkiego kiczu. Położone wśród tarasów ryżowych, otoczone brudnymi przedmieściami z setkami sklepów i hurtowni z wyrobami drewnianymi, garncarskimi i tkaninami, położone na skrzyżowaniu ruchliwych, zatłoczonych i głośnych dróg, pozwala wyszukać swój urok dopiero po bliższym Szczecinie. Do Ubud docieram późnym wieczorem po dziesięciogodzinnej podróży i po pokonaniu 120 km. Opuszczam zdezelowanego busika i skręcam w pierwszą nastrojową uliczkę z nadzieją znalezienia noclegu. Intuicja mnie nie myli. Chwilę w przyszłości zaczepia mnie długowłosy chłopak, za którym wchodzę po schodkach do ozdobnej bramy, za którą przez nieoświetlone podwórko całe rzeźb, murków zagradzających drogę i koszyczków z ofiarami dla bogów dochodzę do wyplatanego bungalowu z tarasem. To jest mój pokój poprzez najbliższe dni - podobny do wszystkich hotelowych pokoi na Bali. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i domagają się bananów Obudzona bladym świtem poprzez koguty - drób często hodowany jest tutaj na miejskich podwórkach - wychodzę na ulicę i dostaję się od razu w centrum handlowego życia. - Wejdź chociaż na chwilę, tylko obejrzyj - zachęcają sprzedawcy. - Masaż, tanio - kuszą salony odnowy biologicznej. - Taxi, transport, motor? - zagadują panowie siedzący przy samochodach. Zakupy i masaż zostawiam na później. Korzystając z przyjemnego chłodu poranka zwiedzam miasto. Małpi gaj (Monkey Forest) to najpopularniejszy cel turystów, wyjątkowo tych z małymi dziećmi. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i z dobrym skutkiem domagają się bananów. Niektóre osobniki są tak bezczelne, że wyrywają jedzenie z rąk spacerowiczów i tak cwane, że trzymając w lewej ręce jednego banana, prawą wyciągają po następnego. Tablice zalecające ostrożność w kontaktach z małpami nie są ulubioną lekturą ludzi odwiedzających gaj. Widzę, jak rozbestwiony makak zrywa spinkę z włosów dziewczyny, która dopuściła do zbytniej komitywy... Ubud to jednakże przede wszystkim sztuka. W Muzeum Puri Lukisan zgromadzono dzieła sztuki balijskiej z ostatnich dwóch wieków. Jeżeli już forma wyrazu artystów jest zróżnicowana, to nie można powiedzieć tego o kluczowych motywach dzieł: zdecydowana większość przedstawia powykrzywiane twarze demonów. W Muzeum Renesansu Blanco tematyka dzieł artysty jest inna - tu dominuje erotyzm. Warto też odwiedzić Muzeum Sztuki Neka, gdzie można rozważyć rozwój malarstwa balijskiego. Ubud zostawiłam sobie na deser. To podsumowanie podróży po rajskiej wyspie. Żółw-pieszczoch i lasy namorzynowe A początek? Opuszczamy prom z Jawy na Bali i szukamy transportu wzdłuż północnego wyspy. Jest nas kilkanaście ludzi - sami Europejczycy. Wszyscy oprócz mnie jadą do Loviny - popularnego kurortu. Ja chcę wysiąść z bemo (tak nazywają się tutaj mikrobusy służące za publiczny transport) w połowie drogi, w miejscowości Pemuteran. 1-szy zgrzyt: negocjacje cenowe. Dla miejscowych cena do Loviny to 20 tys. rupii, od nas pragną po 30 tys. Nie ma też znaczenia, że wysiadam dużo uprzednio. - I tak zajmujesz miejsce w bemo - tłumaczy kierowca łamaną angielszczyzną. W końcu staje na 25 tys., a pokrętne wyjaśnienie kierowcy okazuje się niezgodne ze stanem de facto. Do bemo wschodzi tyle ludzi, ile preferuje wejść. Kto powiedział, że pasażerowie nie mogą wisieć w drzwiach? Do bemo wschodzi tyle ludzi, jak dużo preferuje wejść Pemuteran to przyjemny, położony na uboczu, luksusowy kurort zdominowany przez turystów niemieckich. Morze jest tak ciepłe, ze wchodzi się do wody bez otrząsania i rozgrzewania, a zarazem jest wystarczająco chłodne, że można w nim pływać z przyjemnością. Nie jest natomiast szmaragdowe, jak przekazują katalogi reklamowe biur turystycznych. Rano posiada konsystencję i kolor krupniku, w południe przypomina rozcieńczoną zupę szczawiową, dopiero po południu robi się błękitne, za to wieczorem staje się czarne. Wybrzeże usiane jest drogimi hotelami i eleganckimi knajpkami, w żaden sposób nie przypomina natomiast turystycznego molochu. Nieogrodzone hotele są niewysokie, drewniane i wyplatane, turystów jest niewielu, a leżaki dostępne są nie tylko dla gości hotelowych. Wszędzie są centra nurkowe, organizujące wycieczki na oddalone rafy koralowe. Rafa jest także niedaleko brzegu. Jest ona natomiast mocno zniszczona. Wprawdzie australijska organizacja ekologiczna Reef Seen Aquatics usiłuje odbudować rafę, ale z mizernym efektem. Niełatwo się zresztą temu dziwić - przewodnik, z którego usług korzystam za pośrednictwem tej organizacji, depcze po rafie. Gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem Reef Seen Aquatics zajmuje się nie tylko ochroną rafy, ale też żółwi morskich. Gatunek ten jest zagrożony nie tylko działaniami człowieka, niemniej jednak i zwierząt. Żółwie żyją na głębokości kilkunastu metrów i wychodzą na brzeg tylko po to, ażeby złożyć jaja. Mięso żółwie uchodzi pomiędzy Balijczyków za przysmak, a amatorami jaj są nie tylko Ci, ale również ptaki i wałęsające się po Bali hordami psy. Skutek jest taki, że jedynie z 1 jaja na 100 wykluwa się mały żółw. Ekologowie wykupują jaja od miejscowych (co zapewne zachęca tych ostatnich do wybierania jaj), a gdy żółwiki się wylegną i podrosną, są wypuszczane do morza. Podczas mojej wizyty w basenie pływa stadko malutkich żółwi i jeden dorodny osobnik, który po wypuszczeniu do wody każdorazowo wraca do niewoli. Ten dorodny gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem. Pemuteran leży na skraju słynące z bogatej fauny parku narodowego „Bali Barat”. Do parku można wchodzić wyłącznie pod opieką licencjonowanego przewodnika, ponoć ze względu na obecność dzikich i groźnych zwierząt. Po długich negocjacjach z Yuyu - przewodnikiem udaje mi się ustalić sumę 50$ za trzygodzinną wycieczkę po lesie. Wyruszamy o świcie. Las namorzynowy tonie w śmieciach, które pozostały po ceremonii religijnej z poprzedniego dnia, w lesie monsunowym zaś najciekawszymi okazami fauny okazują się makaki. Tyle, że ażeby na Bali obejrzeć te złośliwe małpki, nie powinno się płacić 50$ - są one wszędzie, gdzie jedynie można uzyskać cokolwiek do jedzenia. Największą atrakcją jest sam las: ciemnozielony, gęsty, z lianami, chaszczami, jarami i przejściami nad rzekami po przewróconych drzewach. Pytam o niebezpieczne zwierzęta. - Dziesięć lat temu widziałem pytona - śmieje się Yuyu. Kraina tysiąca świątyń Na wschodnie wybrzeże jadę przez środek wyspy. Mijam najwyższą górę Bali - wulkan Gunung Agung (3142 m. n.p.m.), jednakże nie jest mi informacje podziwiać widoki, bo z nieba leją się strugi wody. Wręcz pora sucha nie gwarantuje słonecznej pogody. Nieciekawa aura nie stoi na przeszkodzie podziwianiu świątyń. A jest tu co podziwiać. Balijczycy są ludźmi niewiarygodnie religijnymi. Wyznają hinduizm, a właściwie jego lokalną odmianę, z domieszką animizmu i wiary w demony. W każdej wsi są trzy świątynie: jedna poświęcona Brahmie - stwórcy, druga Wisznu - bogu podtrzymującemu życie i trzecia Sziwie - bogu zniszczenia i śmierci. Jest również bez liku świątyń rodzinnych i niewielkich kapliczek. Życie religijne Balijczyków nie jest ograniczone do modlitw w świątyniach. Dzień zaczyna się od złożenia ofiary, ryż, owoce i kwiaty w koszyczkach z bananowych liści znajdują się pod każdymi drzwiami, na ulicach, przed sklepami, w taksówkach. W ten sposób uspokaja się złe duchy, a dobrym zatrzymuje przy sobie. Święta są w ogromnej liczbie przypadków niż co drugi dzień - jest ich rocznie około 200. Świątynie mają różną rangę. Odwiedzam kilka „istotniejszych”. Pura Pulaki wznosi się nad samym morzem, w stronę którego wychylają się rzeźbione smoki. Na dziedzińcu świątyni grasują makaki, najwyraźniej przyzwyczajone do tego, że posiadają tu stołówkę. W Pura Beji i Pura Maduwe Karang uwagę przyciągają bogato zdobione, pełne detali rzeźby przedstawiające sceny z życia bogów. Do położonej na wzgórzu świątyni Pura Kehen wchodzi się po schodach, a następnie przez rzeźbioną bramę. Na pierwszym dziedzińcu wpleciony w splątane gałęzie gigantycznego drzewa banyan jest bęben alarmowy. Na wewnętrznym dziedzińcu znajduje się kaplica poświęcona trzem bogom: Brahmie, Wisznu i Sziwie. Balijczycy do perfekcji opanowali zarabianie na turystach i i do świątyń wpuszczaja dopiero po uiszczeniu „dobrowolnej” ofiary. Jedynym wyjątkiem jest świątynia buddyjska - tu ofiara jest dobrowolna. Poza zapłacenia ofiary powinno się wypożyczyć bądź zakupić sarong - bez niego wejść na teren świątyni nie można. Mam swój sarong, zatem muszę płacić za sasz - pas podtrzymujący sarong. Jeśli nie za sasz, to za oprowadzenie po świątyni, ograniczające się w zasadzie do towarzystwa. „Prawdziwe” Bali - Jeżeli chcesz poznać prawdziwe Bali, jedź na wschodnie wybrzeże wyspy - poradził mi kilka dni wcześniej sympatyczny Jawajczyk. Posłuchałam jego rady i tak trafiam do Padangdbai - niedużego portowego miasteczka z dwiema uroczymi plażami. Jedna z nich - Blue Lagoon Beach uchodzi za jedną z najpiękniejszych na Bali. Bardzo dobra reputacja jest zasłużona: plaża jest piaszczysta, cicha, otoczona lasem. Kilkadziesiąt metrów od brzegu jest dobrze zachowana rafa koralowa. Jedynym minusem są silne prądy, które potrafią zepchnąć na skały nieostrożnych amatorów życia podwodnego. Gdy siedzę w knajpie i popijając świeży sok z mango czytam wydruki wskazówek z internetowego forum, gdzie ktoś radzi ujrzeć pogrzeb na Bali, dostrzegam za oknem przemykającą w pośpiechu grupę kilkudziesięciu ludzi, podążającą za drewnianymi noszami, na których ani chybi leży nieboszczyk. Co za zbieg warunki! Szybko płacę i ruszam za konduktem. Kondukt dobiegł - bo tak można nazwać jego tempo - do trawnika w centrum (jak się okazuje, jest to cmentarz). Kiedy tam docieram, nieboszczyka kładą w tym momencie na drewnianym rusztowaniu, które następnie zostaje podpalone, dokładnie tak samo jak położone obok rzeczy spersonalizowane zmarłego. Zwłoki płoną dwie godziny, a w tym okresie trwają przygotowania do dalszej ceremonii. Na cmentarz trafiają kolejne kosze z ofiarami dla bogów i duchów, misternie ułożone kwiaty i pokarm. Posiłek jest też dla ludzi - którzy tradycyjnie ubrani w sarongi - siedzą wokół ognia i rozmawiają, podczas gdy pracownicy firmy pogrzebowej czy tez inni organizatorzy ceremonii długimi pogrzebaczami mieszają w krematorium. Po wszystkim polewają wodą popiół i przekładają go do naczynia, które w sąsiedztwie świeżych pędów roślin, białych płócien i darów ofiarnych kładzione jest w miejscu spalenia, po czym zaczynają się modły. Prochy trafią w późniejszym czasie do morza. Wśród ryżowych tarasów Tirta Gangga to malownicza wieś położona pośród niewysokich wzgórz. Na miejscu kupuję mapkę - narysowaną odręcznie i skopiowaną, ale bez zaznaczonej skali. I ruszam. Najpierw do pałacu na wodzie, tonącego w morzu barw: różnych odcieni żółci, pomarańczy, czerwieni, amarantu. Orchidee, magnolie, hibiskusy - tysiące kwiatów otacza stawy, mostki i pawilony. Wegetacja trwa tu całe 356 dni w roku, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy Następnie wędruję po wsiach. Wieś ciągnie się za wsią, w pośród wsiami są tarasy ryżowe. Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest zatem w różnorakich stadiach uprawy: na jednych polach dopiero wychodzi z ziemi, inne pokrywa soczystą zielenią, na kolejnych jest suchy i żółty i przypomina odrobinę nasze proso. W każdej wsi każdy człowiek poczuwa się do obowiązku zagadania do „Hallo! Where are you going”, a każdy pies do obszczekania mnie. Do tego dochodzą hordy dzieci, które pokazują mnie palcami i starają się dotknąć. Czuję się nie jak turystka, niemniej jednak jak obiekt turystyczny. We wsi Budakeling słyszę dobiegające z dwóch stron dziwne zawodzenie przez mikrofon. Idę tam, skąd dochodzi głos i trafiam do świątyni, na dziedzińcu której kręci się tłum ludzi. Proszą mnie do środka i wyjaśniają, co się dzieje. Trwają przygotowania do Galugun - święta, gdy bogowie mają zstępować do świątyń, a które będzie jutro obchodzone. Na dziedzińcu świątyni ma miejsce nie tylko próba mikrofonu, ale również przygotowanie jedzenia na ceremonię - na dziedzińcu świątyni znajduje się mięso na różnych etapach przetwórstwa - skończywszy na krojonych kawałkach, a poczynając na żywej, związanej, leżącej smętnie z wyrazem zrezygnowania na ryjku świni. Przygotowania do Galugun trwają też w dwóch w pozostałych świątyniach. Mieszkańcy znoszą pożywienie i ustawiają bambusowe tyczki przystrojone liśćmi i owocami, trwa próba gamelanu. Mężczyzna odpowiedzialny za organizację uroczystości zaprasza mnie do uczestnictwa. Żałuję, że nie mogę zostać tu dzień dłużej... Informacje praktyczne Lata turystycznej świetności Bali podobno ma już za sobą. Po zamachu terrorystycznym w 2002 r. turyści zniechęcili się do wyspy. Po paru latach ruch turystyczny zaczyna się ożywiać, ale podaż ofert turystycznych stale przekracza popyt. Do wjazdu do Indonezji niezbędna jest wiza. Można ją dostać z ambasadzie w Łodzi, 30-dniową wizę upon arrival można otrzymać na lotnisku. Do Indonezji doleciałam liniami KLM. Bilet do Dżakarty kosztował 2500 zł. Noclegi na Bali są niedrogie. Pokój ze śniadaniem, ale bez ciepłej wody, można zdobyć już za 7$, pokój z ciepłą wodą za 12$. Ceny jedzenia zależą od miejscowości, obiad można zjeść za 2-10$. Niskie ceny noclegów i wyżywienia miejscowi rekompensują sobie wysokimi opłatami za dodatkowe atrakcje, przykładowo: za 3-godzinną wycieczkę snorklingową w morze należy zapłacić od 20 do 50$, godzina z przewodnikiem na rafie koralowej to koszt 5$, wypożyczenie maski, fajki i płetw 6$, 8-godzinna wycieczka do parku narodowego - 80$. Ceny w dużej mierze zależą od zdolności negocjacyjnych. Jeżeli już chodzi o transport, to do wyboru mamy autobusy (na długich trasach), bemo - mikrobusy pokonujące krótkie odcinki (ok. 20 km), odjeżdżające wówczas, gdy są całe, shuttle busy - zorganizowany, nietani i niekoniecznie ekspresowy, ale i tak najszybszy sposób przemieszczania się, polegający na tym, że turyści z różnych miejscowości kupują bilety do miejsca docelowego i są tam przewożeni. Ponieważ turystów jest stosunkowo niewielu, nie opłaca się organizować busa z miejscowości A do miejscowości B. W związku z tym każdą w miarę turystyczną miejscowość opuszcza gruchot wypchany pasażerami jadącymi dokądkolwiek, a następnie w punktach przeładunkowych turyści są upychali w kolejnych mikrobusach. Takich punktów przeładunkowych w pewnych sytuacjach jest w ciągu dnia parę. Wieczorem dojeżdża się do celu. Można także wynająć samochód - najlepiej z kierowcą -za ok. 50$ dziennie. Samodzielni turyści mogą wypożyczyć motor albo skuter, ale trzeba mieć na uwadze ruch lewostronny i dość intensywny w porównaniu z Europą. W Indonezji funkcjonuje również coś wśród motorowym autostopem a taksówką, co nazywa się ojok - jest to zwerbowany na poczekaniu kierowca motoru, który za niewysoką opłatą podwozi w pożądane miejsce. Na Bali warto skorzystać z masaży, które dostępne są na każdym kroku. Oferują je hotele, ośrodki spa, salony i saloniki na ulicach, masażyści oferują usługi na plażach. Nie Ci masażyści są wykwalifikowani, warto popytać się miejscowych przed skorzystaniem z masażu. Ceny fachowych masaży zaczynają się od 8$.
http://franczyzy.pl/?p=9970
![]() data: 07-06-2010
| szczegóły
|
|
|
Baltic Sail Gdańsk - Sail Gdańsk
Baltic Sail Gdańsk to barwny żeglarski festiwal w sercu Starego Miasta: regaty, parady, koncerty szantowe, niepowtarzalna okazja do zwiedzania jachtów, kontaktu z żeglarzami i przyjrzenia się z bliska tradycjom surowego życia pod żaglami.
http://www.sailgdansk.pl/
![]() data: 08-04-2009
| szczegóły
|
5
0
15
0
0
0Dodaj nową stronę:



